Kot Dalajlamy
Wczytuję dane...
KOD: 978-83-246-7459-6
Autor: David Michie
Koszt wysyłki od: 6.90 PLN
Wydawca: One Press

Wprowadzenie do książki

Kot Dalajlamy

   Pomysł przyszedł pewnego słonecznego poranka. Leżałam na swoim zwykłym miejscu, na parapecie okna na pierwszym piętrze — idealny punkt obserwacyjny na zasadzie: maksimum efektu, minimum wysiłku. Właśnie dobiegała końca prywatna audiencja.
    Jestem zbyt dyskretna, by wyjawiać, komu Jego Świątobliwość jej udzielał. Powiem tylko, że chodzi o bardzo znaną hollywoodzką aktorkę... No wiesz, o legalną blondynkę, która działa charytatywnie na rzecz dzieci i nie ukrywa, że uwielbia osiołki. Zgadza się, o niąl!
  Właśnie miała opuścić salę, ale spojrzała jeszcze na rozciągający się z okna, zapierający dech w piersiach widok ośnieżonych szczytów i zauważyła mnie po raz pierwszy.
— O! Jaki śliczny! — Podeszła do mnie i pogłaskała mnie po karku, na co ziewnęłam szeroko i wyciągnęłam daleko przed siebie przednie łapki. — Nie wiedziałam, że Wasza Świątobliwość ma kota! — wykrzyknęła.
   Zawsze dziwi mnie, że tak wiele osób mówi coś takiego — choć nie każdy wyraża swoje zaskoczenie na głos z równą śmiałością co Amerykanie. Dlaczego Jego Świątobliwość nie miałby mieć kota? O ile „posiadanie kota” to właściwa interpretacja łączącej nas więzi.
   Poza tym każdy, kto dysponuje nieco bardziej wyostrzonym zmysłem obserwacji, zauważy obecność kota w życiu Jego Świątobliwości, czego dowodzi zabłąkana sierść i pojedyncze wąsiki, które z pełną premedytacją zostawiam na jego ubraniu. Jeśli spotka Cię kiedyś ten zaszczyt i znajdziesz się w pobliżu Dalajlamy, przyjrzyj się uważnie jego szatom, a niemal na pewno dostrzeżesz przepiękny kosmyk białego futerka, który potwierdzi, że Jego Świątobliwość nie tylko nie mieszka sam, ale wręcz dzieli swoje sanktuarium z kotką o szlachetnym — choć nieudokumentowanym — rodowodzie.
  Właśnie to odkrycie wywołało tak żywiołową reakcję należących do brytyjskiej królowej psów corgi podczas wizyty Jego Świątobliwości w pałacu Buckingham — naprawdę dziwne, że media światowe pominęły to milczeniem.
  Ale odbiegam od tematu.
  Amerykańska aktorka pogłaskała mnie i zapytała:
— Jak się nazywa?
— O! Ma wiele imion. — Jego Świątobliwość uśmiechnął się zagadkowo.
   Powiedział prawdę. Podobnie jak wiele domowych kotów, dorobiłam się najróżniejszych imion: jedne są w użyciu częściej, inne rzadziej. Zwłaszcza jedno z nich niespecjalnie mi odpowiada. Wśród współpracowników Jego Świątobliwości uchodzi ono za moje imię duchowe, ale sam Dalajlama nie użył go ani razu — a przynajmniej nie w pełnej wersji. Nie przyznam się do takiego imienia po dobroci. A już na pewno nie w tej książce.
   No dobra... Zdecydowanie nie w tym rozdziale.
— Gdyby tylko umiał mówić — ciągnęła aktorka. — Na pewno miałby do przekazania wielką mądrość.
   I w ten sposób ziarno zostało zasiane.
  Przez kolejne miesiące przyglądałam się pracy Jego Świątobliwości nad nową książką: poświęcał długie godziny, by mieć pewność prawidłowej interpretacji tekstów, oraz mnóstwo czasu i starań, by każde napisane słowo niosło jak najgłębsze treści i jak największe korzyści. Coraz częściej pojawiała się myśl, że być może najwyższa pora na moją własną książkę: książkę zawierającą mądrość, jaką wyniosłam, przesiadując nawet nie u stóp Dalajlamy, ale jeszcze bliżej — na jego kolanach. Książkę, w której mogłabym opowiedzieć swoją historię: nie tyle od zera do milionera, ile od śmietnika do świątyni. Książkę, w której mogłabym opowiedzieć, jak oszczędzono mi losu zbyt potwornego, by o nim wspominać, a w zamian za to zamieniono mnie w wierną towarzyszkę człowieka, który nie tylko jest jednym z najwybitniejszych przywódców duchowych na święcie i laureatem Nagrody Nobla, ale także mistrzem w kwestii otwierania konserw.
    Późnym popołudniem, gdy dochodzę do wniosku, że Jego Świątobliwość spędził już wystarczająco dużo czasu przy biurku, często podchodzę do niego i ocieram się o jego nogę. Jeśli w ten sposób nie uda mi się zwrócić na siebie jego uwagi, zatapiam delikatnie, ale stanowczo ząbki w ciele wokół jego kostki. To zawsze skutkuje.
   Dalajlama wzdycha wtedy, odsuwa krzesło od biurka, bierze mnie na ręce i podchodzi do okna. Patrzy w moje wielkie niebieskie oczy, a jego spojrzenie wyraża tak bezbrzeżną miłość, że ogarnia mnie wtedy zawsze poczucie wielkiego szczęścia.
— Moja mała feorhisattwa — mówi czasem do mnie, przekręcając sanskryckie określenie bodhisattwa, które w buddyzmie oznacza istotę oświeconą.
  Razem podziwiamy panoramę doliny Kangra. Przez otwarte okna wpada delikatny wietrzyk, przynosząc zapach sosen, wiecznie zielonych dębów i rododendronów, wypełniając powietrze czymś pierwotnym i niemal magicznym. W ciepłych objęciach Dalajlamy rozmywają się całkowicie wszelkie różnice: między obserwatorem i obserwowanym, kotką i lamą, ciszą zmierzchu i moim gardłowym mruczeniem.
   W takich właśnie chwilach czuję ogromną wdzięczność, że jestem kotką Dalajlamy.

Szczegółowe Informacje

  • Autor: 

    David Michie

  • Tytuł oryginału: 

    The Dalai Lama's Cat

  • Liczba stron: 

    184

  • Wymiary: 

    145x205

  • Oprawa: 

    Miękka

  • ISBN: 

    978-83-246-7459-6

  • Tłumacz: 

    Marta Czub

  • Rok wydania: 

    2013

Polecamy
Klienci, którzy kupili ten produkt wybrali również...