Schudnij w zgodzie ze swoją grupą krwi
Wczytuję dane...
KOD: 978-83-246-6348-4
Autor: Dorota Augustyniak-Madejska, Bożena Biernot
Dostępność: 24 godzin
Koszt wysyłki od: 6.90 PLN
Wydawca: Sensus
'

Dla kogo jest książka Schudnij w zgodzie ze swoją grupą krwi?

Myślenie o diecie bardzo często nasuwa skojarzenia z czymś, co dręczy i męczy.
Sugeruje i podpowiada, że dla uwieńczenia swoich zmagań sukcesem za wszelką cenę trzeba jakiś czas przetrwać.
Czy jednak na pewno o to chodzi?
Słowo „dieta" pochodzi od greckiego diaita. A to wcale nie oznacza wyrzeczeń, poświęceń, a tym bardziej ofiar. Wyraz ten ma zabarwienie zdecydowanie optymistyczne, bo określające to, co nazywamy „stylem życia".
Dlatego naszą książkę Schudnij w zgodzie ze swoją grupą krwi dedykujemy osobom zainteresowanym właściwie rozumianym, rozsądnie i stopniowo korygowanym, dającym trwałe efekty, zdrowym stylem życia.
Dorota Augustyniak-Madejska
Bożena Biernot

Jestem osobą (rasową „zerówką"!), której wyjątkowo trudno coś narzucić. Nigdy przedtem nie zastanawiałam się nad tym w kontekście żywienia. Podejmując decyzję o zmianie, zdałam sobie sprawę, że stosowanie jakiejkolwiek diety, która by coś nakazywała, czegoś zakazywała, w jakiś sposób ograniczała, w ogóle nie wchodzi w grę. Uświadomienie sobie tego stało się początkiem przełomu. Wymyśliłam więc, że stworzeniem zaleceń dla siebie zajmę się sama. Zanim jednak to zrobię, odbędę szczerą rozmowę z osobą w planowanym przedsięwzięciu najważniejszą. Ze sobą. Tak też się stało.

Zaczęłam od pochylenia się nad podzieloną na pół kartką papieru. Po jednej stronie wypisałam, z czego bez problemu i żalu zrezygnuję, a po drugiej, co w swoim codziennym menu wolę zostawić. To był pierwszy, najważniejszy krok postawiony na drodze prowadzącej do upragnionego celu. Stworzenie listy produktów spożywczych zimą 1996 roku było nie lada zadaniem. Wtedy różnorodność warzyw i owoców (pomijając kwestię ich wartości odżywczej) była raczej w sferze marzeń. Bez względu na wszystko postanowiłam wytrwać w swoich postanowieniach.

Co to dało?

Po siedmiu tygodniach ważyłam 14 kg mniej. Przyszła piękna wiosna. Sprawiłam sobie śliczną, krótką, jaśniutkozieloną sukienkę. Ciało złapało trochę słońca. Podczas osiedlowych spacerów z dziećmi byłam zatrzymywana przez bliższych i dalszych sąsiadów i tych, którzy znali mnie tylko z widzenia. Wszyscy pytali o to samo:
„Co zrobiłaś?", „Co pani zrobiła?". Kilka osób nawet przyznało: „Nie wierzyłam, że aż tak schudniesz", „Nie myślałam, że dasz radę", „To niesamowite, że można aż tak się zmienić! Może jeszcze raz opowiesz o tym, co jadłaś. Wcześniej nie chciałam słuchać, ale widząc twoje efekty, jestem gotowa podjąć wyzwanie".
Nie ukrywam. Byłam dumna i szczęśliwa. Nie tylko wyglądałam doskonale, ale i tak się czułam. Miałam w sobie mnóstwo energii do tego, by zmierzyć się z tym, co dookoła, by zrobić kolejny krok w kierunku lepszej przyszłości.
Dlaczego o tym piszę? Co ta retrospekcja ma wspólnego z odchudzaniem w zgodzie z własną grupą krwi?
Od tamtej pamiętnej wiosny do momentu, który stał się dla mnie ważnym punktem zwrotnym, minęły 4, może nawet 5 lat. 2 racji zainteresowań prozdrowotnych, które zrodziły się w międzyczasie, wzięłam udział w wykładzie medycznym. Nie pamiętam już jego treści. Nie przypominam sobie nawet tematu. Za to doskonale zapamiętałam to, co wtedy do mnie dotarło. Kiedy poskładałam wszystko w jedną całość, stało się oczywiste, że moje, stworzone dla siebie w 1996 roku zalecenia były w bardzo dużej części tymi, których najbardziej potrzebuje moja grupa krwi. Pamiętam, że moje poruszenie było tak ogromne, iż nie byłam w stanie spokojnie usiedzieć na miejscu. I nawet niechcący zwracając na siebie uwagę pozostałych uczestników spotkania, coś z entuzjazmem wykrzyknęłam. To było prawdziwe odkrycie. Jakże ważne i bardzo cenne na resztę życia.

Dorota Augustyniak-Madejska

Długo zastanawiałam się, jak daleko wstecz na osi czasu sięga moje doświadczenie z odchudzaniem. Wyrosłam w rodzinie, w której odkąd pamiętam, zawsze ktoś chodził do szkoły gastronomicznej, prowadził własną gospodę, cukiernię lub chociażby herbaciarnię.
Kuchnia to najprzytulniejsze miejsce, jakie znam. W moim rodzinnym domu to właśnie w kuchni, przy śpiewie czajnika i piecu kaflowym z buzującym ogniem odbywały się wszystkie familijne dyskusje o „interesach". Dorośli rozmawiali o nurtujących ich branżę problemach, a ja przygotowywałam kawę, kakao, smażyłam naleśniki z rodzynkami. Kuchnia to część mojego dzieciństwa. Tu wyrosłam.
Zupełnie naturalne było, że na każde następne spotkanie drobnych biznesmenów (cioć i wujków) w naszej kuchni trzeba było przygotować coś pysznego. Wtedy były pochwały i stwierdzenia typu: „Rośnie nam nowe pokolenie restauratorów". Od mamy na urodziny zawsze dostawałam, sprawiającą radość nie do opisania, książkę kucharską.
Byłam szczupłą nastolatką. Miałam niesamowitą przemianę materii. Wszystkie smakołyki sporządzane w naszej domowej kuchni spalałam na rowerze i wycieczkach górskich. Problem pojawił się, kiedy w szkole przybyło nauki i trzeba było przysiąść fałdów. Ambicje otrzymywania dobrych ocen nie zostawiały czasu na takie jak dotychczas podwórkowe szaleństwa. Skutecznie i na długo zastąpiło je codzienne wielogodzinne siedzenie za biurkiem. Od tego momentu równie naturalną częścią mojego życia stało się poszukiwanie różnych cudownych diet, których rezultatem były ciągłe wahania wagi.
Prawdziwą zmorą w tym okresie mojej wczesnej młodości były wypracowania. Teraz pewne zdarzenie z tym związane opowiadam jako anegdotę. Niestety dla mnie, polonistka (pani Wrona) była wyjątkowo wymagająca. Moją miłością było zupełnie co innego. Kochałam matematykę i chemię. A tu jedno z zadań domowych z polskiego w ósmej klasie brzmiało tak: „Opisz miesiąc życia kobiety przyszłości (rok 2350 naszej ery)". Nie wiedzieć czemu, prócz codziennych przygód życia mojej bohaterki uznałam za stosowne opisać również jej menu. Tym sposobem powstało coś w stylu scenariusza do filmu Jedz, módl się i kochaj z Julią Roberts, tyle że w wersji science fiction. Polonistka, rozdając poprawione i ocenione prace, stwierdziła: „Nieźle, tylko po co w szkolnym wypracowaniu to menu? To nadaje się do książki o odchudzaniu!". I tak pani Wrona wykrakała.
W tym czasie w moim życiu, tak jak w przypadku wielu nastolatek, młodzieńcze przygody i miłości przeplatały się z normalnością. Pomiędzy tym były diety i pigułki odchudzające, a co za tym idzie, dwa kilo na wadze w dół, a krótko po tym trzy do góry. Układ rodzinno-plemienny istniał nadal. Spotkania w kuchni były swego rodzaju rytuałem, obowiązkiem jak niedzielna msza. To, co działo się za ich sprawą, dla mnie stanowiło swego rodzaju równię pochyłą.
W mojej sytuacji decyzja o podjęciu nauki w Studium Dietetycznym była dość oczywistym wyborem. Myślałam, że dzięki zdobytej tam wiedzy odchudzę cały świat ze sobą na czele. Uczyłam się o tym, co zdrowe i co zdrowiu nie służy. Polska rzeczywistość w dietetyce lat osiemdziesiątych to niestety stawianie na nabiał (w szczególności mleko krowie), potem mięso, kasze, zboża, dopiero w dalszej kolejności warzywa i owoce, energetyczne tłuszcze. Oliwa z oliwek jawiła się jako dziwny wynalazek z kapitalistycznej Europy.
Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy po urodzeniu córeczki Marty i odżywianiu się w zalecany sposób sprawiłam sobie dodatkowych 10 kilogramów. Wszystko to pod okiem lekarzy i czułym patronatem rodziny restauratorów. Na jedzenie nabiału, który miał być samym zdrowiem, miałam ich nieustające błogosławieństwo.
Wiedziałam, że potrzebuję układu zwanego Rodziną, w którym wzrastałam. Natomiast nie mogłam się zgodzić z ich poglądami na temat żywienia, bo u mnie zupełnie się one nie sprawdzały.
Dobrze, że pozostał mi nawyk poszukiwania i czytania dobrych książek.
Obserwacje ludzi skłoniły mnie do stwierdzenia (teraz już oczywistego faktu), że przecież jeśli w grupie osób bardzo podobnie odżywiających się jedni są szczupli, a inni tyją, to chyba brakuje mi jakiejś bardzo istotnej informacji.
Opatrzność czuwała nade mną. Trafiłam na książki doktora Petera D''Adamo. Zdobytą wiedzę zaczęłam wcielać w życie. Odżywiałam się i nadal odżywiam zgodnie z moją grupą krwi. Nie chodziłam głodna. Gotowałam jak dawniej, tylko z wyłączeniem niektórych (zakazanych dla grupy A) produktów. Osoby z tą grupą krwi lubią brać na własne barki problemy całego świata i martwić się na zapas. Ta cecha potrafi nieźle w życiu namieszać. Podobnie było ze mną. Natknąwszy się na stosowne w tym względzie zalecenia, poradziłam sobie ćwiczeniami oddechowymi, medytacjami i szkoleniami z zakresu rozwoju osobistego. Bardzo mi to pomogło.
Te doświadczenia bardzo mnie zmieniły. Nie wyrzekłam się swoich korzeni, ale znalazłam inną drogę nie tylko do utraty zbędnych kilogramów, ale co ważne, do własnego zdrowia fizycznego i psychicznego. Wiem, co mi służy, a co szkodzi. Wiem, jak poruszać się w tym życiowym labiryncie. Jestem pogodzona ze sobą i światem. Nosząc ulubione dżinsy w rozmiarze z dawnych lat, na każdy dzień patrzę z otwartym umysłem i nieustającym zachwytem.

Bożena Biernot

'

Szczegółowe Informacje

  • Autor: 

    Dorota Augustyniak-Madejska, Bożena Biernot

  • Tytuł oryginału: 

    Schudnij w zgodzie ze swoją grupą krwi

  • Liczba stron: 

    245

  • Wymiary: 

    145x205

  • Oprawa: 

    Miękka

  • Tłumacz: 

    978-83-246-6348-4

  • Rok wydania: 

    2013

Polecamy
Klienci, którzy kupili ten produkt wybrali również...