Wczytuję dane...
KOD: 978-83-934872-4-0
Autor: Baird T. Spalding
Dostępność: 24 godzin
Koszt wysyłki od: 6.90 PLN
Wydawca: Head Republic

Ze wstępu do książki Życie i nauka mistrzów dalekiego wschodu


    W ostatnich latach ukazało się wiele książek z dziedziny zagadnień duchowych. Zjawisku temu towarzyszy obserwowane od pewnego czasu budzenie się zainteresowania wielkimi nauczycielami ludzkości, i poszukiwanie u nich prawdy. To właśnie skłania mnie do opublikowania wyników doświadczeń, przeprowadzonych podczas wspomnianej już na wstępie ekspedycji naukowej i pobytu wśród mistrzów Dalekiego Wschodu.
    W zapisach moich nie będzie mowy o jakimś nowym kulcie religijnym, lecz jedynie zostaną streszczone podstawowe prawdy, na których się opiera nauka mistrzów. Chcąc jednak uwiarygodnić prawdziwość tych zapisów, potrzeba było prawie tyle czasu, ile go poświęcono na odbycie ekspedycji i całej związanej z tym pracy doświadczalnej, gdyż z uwagi na przebywanie mistrzów na bardzo rozległym terytorium, nasze metafizyczne badania obejmują wielką część Indii, Tybetu, Chin i Persji.
    Jak już wspomniałem na wstępie, ekspedycja nasza składała się z jedenastu doświadczonych naukowców, którym większa część życia upłynęła dotychczas na pracy badawczej i dociekaniach naukowych. Nie było więc zwyczajem żadnego z nas przyjmowanie czegokolwiek na wiarę, co by nie zostało sprawdzone i stwierdzone naukowo. Przybyliśmy do Indii nastawieni sceptycznie, powróciliśmy natomiast niejako nawróceni i na tyle głęboko przekonani, że trzech z nas zdecydowało się pozostać wśród mistrzów dotąd, dopóki nie przyswoją sobie całkowicie ich nauki, i nie posiądą możności praktycznego stosowania takiej wiedzy i życia, jakie praktykują mistrzowie.
    Świadomie nie podaję tu prawdziwych imion, ponieważ ci, którzy byli przedmiotem naszych badań i pomagali nam przezwyciężać kilkuletnie trudy uciążliwej ekspedycji - nie wyrazili na to zgody. Stąd też w publikowanych obecnie zapiskach ograniczam się jedynie do podania faktów, w opisie chronologicznym, oddając możliwie dosłownie odbyte rozmowy oraz cały przebieg owej ekspedycji.
    Jednym z warunków przed przystąpieniem do naszych doświadczeń było wzajemne porozumienie, że dopóki nie zagłębimy się gruntownie w naszej pracy, będziemy początkowo przyjmować wszystkie zaobserwowane fakty, słuchać nauki mistrzów, obserwując ich codzienne życie i nie żądając w związku z tym żadnych wyjaśnień. Mieliśmy po prostu towarzyszyć mistrzom, wiodąc swobodnie swój zwykły tryb życia. Mogliśmy przebywać w ich towarzystwie bez ograniczenia czasu, zadawać dowolne pytania i zgłębiać to, cośmy widzieli, w celu wyrobienia sobie własnego, indywidualnego sądu - i zgodnie z tym ostatecznie kwalifikować obserwowane zjawiska, jako fakty bądź też je odrzucać. Nikt nie usiłował w żaden sposób wpłynąć na nasz sąd, ale przeciwnie: stale podkreślano, że jeżeli czujemy, iż nie jesteśmy o czymś całkowicie przekonani, to bynajmniej nie życzą sobie byśmy dawali wiarę temu, co widzimy. Stąd też i ja zamierzam na tym miejscu jedynie przedstawić czytelnikowi owe fakty, i proszę o zaakceptowanie lub odrzucenie ich zgodnie z osobistym poglądem.
     Przebywaliśmy w Indiach już około dwóch lat, prowadząc zwykłe naukowe badania, kiedy spotkałem jednego z mistrzów, którego nazywam w tych zapiskach Emilem. Idąc pewnego razu ulicą miasta, stanowiącego podówczas siedzibę naszej ekspedycji, zwróciłem uwagę na tłum, skupiający się z zainteresowaniem wokoło jakiegoś magika czy fakira, którego widok był zresztą w tym kraju całkiem powszednim zjawiskiem. Zatrzymałem się i zauważyłem obok siebie mężczyznę w średnim wieku, należącego jak widać, do zupełnie innej kasty, niż wszyscy obecni tam. Człowiek ów spojrzał na mnie i zapytał, czy dawno mieszkam w Indiach. Odpowiedziałem, że około dwóch lat.
- A czy pan jest Anglikiem?
- Nie. Amerykaninem - odrzekłem.
Byłem tym bardzo zainteresowany, a zarazem zdziwiony spotkaniem kogoś mówiącego po angielsku. Spytałem wówczas, co myśli o odbywającym się przed nami widowisku.
- O, to całkiem zwykłe zjawisko w Indiach - odpowiedział. Ludzi tych zwą fakirami, magikami lub hipnotyzerami. Zasługują na wszystkie nazwy, lecz przed nimi ukryty jest głęboki duchowy sens - a który odczytują tylko nieliczni - i nie ulega wątpliwości, że kiedyś wyłoni się z tego dobro. Jest to oczywiście tylko cień tej rzeczy, z której dane zjawisko wynikło. Spowodowało mnóstwo różnych komentarzy i objawień, lecz jak się okazało - nie poznano sedna problemu, gdyż pod tym wszystkim niewątpliwie ukryta jest prawda.
    Na tym rozstaliśmy się i w ciągu następnych czterech miesięcy widywałem go tylko sporadycznie. W tym czasie absorbowało nas wszystkich pewne zagadnienie, sprawiające nam spory kłopot. Po kilku dniach, gdy znowu spotkałem Emila, dopytywał się troskliwie o przyczynę moich niepokojów, a potem zaczął mówić o trapiącym nas zagadnieniu. Byłem tym zdumiony, gdyż wiedziałem, że żaden z nas nie rozmawiał na ten temat z nikim poza naszym niewielkim gronem osób uczestniczących w ekspedycji. Emil, jak widać był tak dalece świadom stanu rzeczy, iż wyczułem, że sprawa nasza była mu dokładnie znana. Toteż nie upatrywałem niczego niestosownego w tym, by wspólnie zastanowić się nad nią, i rozmawiałem już z nim o tym otwarcie.      Powiedział mi wówczas, że sprawę tę zna w zupełności i postara się nam pomóc. Nim upłynęły dwa dni wszystko się wyjaśniło, a z nękającej nas kwestii nie pozostało ani śladu. Byliśmy wprawdzie bardzo zdziwieni, lecz wkrótce przestało nas to interesować i zupełnie o tym zapomnieliśmy. Później zaczęły wynikać inne problemy, i weszło u mnie w przyzwyczajenie, by dla ich omawiania udawać się zawsze do Emila. I za każdym razem, gdy tylko zostały rozważone wspólnie z nim, wątpliwości nasze natychmiast znikały.
    Koledzy moi również spotykali się z Emilem i rozmawiali z nim, lecz ja niewiele im o nim wyjawiałem. W tym czasie przeczytałem sporą liczbę przełożonych z hinduskiego języka książek wybranych w tym celu przez Emila, i byłem głęboko przekonany, że jest jednym z adeptów wiedzy tajemnej. Zainteresowanie moje jego osobą wzrastało z każdym dniem.
     Pewnego razu, gdy spacerowaliśmy po polu, Emil wskazał na gołębia krążącego nad naszymi głowami i powiedział, że ptak szuka właśnie jego. Stanął wtedy nieruchomo z wysuniętą dłonią, a już po chwili gołąb usiadł na niej. Jak się okazało ptak spełniał polecenie brata Emila, przebywającego na północy. Współpracujący z Emilem brat nie przybył do miejsca dogodnego do bezpośredniego skomunikowania się z nim, i dlatego wybrał taki właśnie sposób. Później przekonaliśmy się, że mistrzowie mogą porozumiewać się ze sobą momentalnie drogą myślową, co nazywają wykorzystywaniem energii znacznie czulszej niż elektryczność, czy telegraf.
     Nagabywany przeze mnie, Emil potwierdził, że potrafi przywoływać do siebie ptaki, a także kierować ich lotem; nawet drzewa i kwiaty chyliły się ku niemu, a dzikie zwierzęta podchodziły doń bez lęku. Pewnego razu np. pogodził dwa szakale, staczające ze sobą walkę nad trupem zabitego i pożeranego przez nie małego zwierzątka. Kiedy podszedł do nich, natychmiast przestały walczyć i z pełnym zaufaniem położyły swe łby na wyciągniętych przez niego dłoniach, a potem już spożywały swój pokarm w zupełnej zgodzie. Emil dał mi nawet potrzymać jedno z tych dzikich zwierząt. Powiedział wówczas do mnie:
- To Ja", które zdolne jest - jak pan widzi - powodować takie rzeczy, nie jest śmiertelne. Jest ono prawdziwe i głębsze: jest właśnie tym, co wy określacie mianem Boga. To Bóg w głębi mnie - Bóg Wszechmocny, działający przeze mnie: tylko On może czynić takie rzeczy. Sam z siebie swym śmiertelnym ,ja" - nie potrafię nic uczynić. Tylko wtedy, gdy pozbywam się całkowicie swego zewnętrznego „ja" i pozostawiam je za sobą jako przemijające - moje boskie „jam jest" może wyrażać i tworzyć, pozwalając wielkiej miłości boskiej wstąpić we mnie, tak iż mogę wówczas czynić to, co pan widział. Kiedy i wy będzicie potrafili zlewać ze siebie na wszystkie rzeczy boską miłość - wtedy nic nie będzie dla was groźne i żadne zło nie będzie miało do was dostępu.
     W ciągu tego czasu Emil pouczał mnie każdego dnia. Nierzadko zjawiał się nagle w moim pokoju, nawet wówczas, gdy mając zamiar udać się na spoczynek najdokładniej zamykałem drzwi. Z początku jego niespodziewane wizyty niepokoiły mnie, lecz wkrótce zrozumiałem, że było to dla niego rzeczą całkiem zwykłą. Przyzwyczaiłem się później do jego sposobu odwiedzin i nie zamykałem już drzwi, by mógł swobodnie wchodzić i wychodzić, kiedy zechce. Zauważyłem, że taki dowód zaufania był przez Emila aprobowany. Nie mogłem jeszcze tylko zrozumieć ani przyswoić sobie wszystkich jego nauk, tak samo jak nie byłem jeszcze w tym czasie zdolny do przyswojenia wszystkiego, co widziałem podczas pobytu na Wschodzie. Potrzebne były całe lata rozmyślań, by uświadomić sobie głęboki duchowy sens życia tych ludzi. Nie pysznią się swą pracą, lecz wykonują ją z dziecinną radością i prostotą. Znając dogłębnie ochraniającą moc miłości stosują ją wytrwale, tak że cała przyroda kocha ich i przyjaźni się z nimi. Tysiące zwykłych ludzi ginie corocznie, np. od żądeł żmij i pazurów dzikich zwierząt, a tymczasem mistrzowie tak dalece rozwinęli w sobie moc miłości, że zarówno żmije, jak i inne dzikie zwierzęta nie czynią im żadnej krzywdy. Czasami mistrzowie przebywają w najbardziej niedostępnych dżunglach, a niekiedy nawet pozostawiają swoje ciała w pobliżu wsi, by w ten sposób chronić wsie od napaści dzikich zwierząt - wówczas żadna krzywda nie może spotkać ani wsi, ani też pozostawionych na straży ciał. Jeżeli zachodzi potrzeba przechodzą swobodnie po wodzie lub przez największy ogień, podróżują niewidzialnie i czynią wiele innych rzeczy, na które zwykliśmy patrzeć jak na prawdziwe cuda, dostępne tylko tym, którzy - według powszechnego sądu - posiadają w pewnym stopniu nadprzyrodzoną moc.
     Uderza podobieństwo codziennego trybu życia i nauki mistrzów, do życia Jezusa z Nazaretu. Uważa się np. za rzecz niemożliwą uzyskiwanie codziennego pożywienia wprost z kosmicznej przestrzeni, przezwyciężenie śmierci i czynienie rozlicznych, tak zwanych cudów, jakich dokonał Jezus, przebywając na Ziemi. Mistrzowie zaś dają dowód, że wszystko to stanowi ich powszednie życie. Oto we wszystkie niezbędne dla codziennych potrzeb środki, łącznie z pożywieniem, odzieżą i pieniędzmi zaopatrują się wprost z przestrzeni, a śmierć przezwyciężyli tak skutecznie, że wielu z nich żyje już ponad pięćset lat, co zresztą potwierdzają także ich dokumenty. W Indiach istnieje stosunkowo niewielu mistrzów, wszystkie zaś tamtejsze kulty są wyraźnymi odgałęzieniami ich nauki.   Liczba mistrzów jest tak dalece ograniczona, że tylko bardzo nieliczni mogą zostać dopuszczeni, aby obcować z nimi w ich widzialnej postaci - natomiast w świecie niewidzialnym mogą oni dosięgać niemal nieograniczonej liczby, a wielkie dzieło ich życia polega na przenikaniu i niewidzialnym pomaganiu tym wszystkim, którzy gotowi są do przyjęcia ich nauki.
     Otrzymane od Emila nauki stały się niejako podwaliną tej badawczej pracy, którą przedsięwzięliśmy w wiele lat później, czyli podczas trzeciej naszej wyprawy do Indii. Wówczas już bez przerwy żyliśmy z mistrzami w ciągu trzech i pół roku, podróżując z nimi przez całe Indie, Tybet, Chiny i Persję, obserwując przy tym ich codzienne życie, i pracę.

Szczegółowe Informacje

  • Autor: 

    Baird T. Spalding

  • Tytuł oryginału: 

    Life and Teaching of the Masters of the Far East vol 1-5

  • Liczba stron: 

    320

  • Wymiary: 

    165x235

  • Oprawa: 

    Twarda

  • ISBN: 

    978-83-934872-4-0

  • Tłumacz: 

    B. Włodarz, R.Sowa

  • Rok wydania: 

    2014

Polecamy
Klienci, którzy kupili ten produkt wybrali również...